niedziela, 5 października 2008

Fast shit

Osoby które mnie znają, wiedzą że uwielbiam porównania, metafory i podobne rzeczy.

Według mnie jeśli nie można czegoś opisać słowami należy użyć porównania.

Do tego co pragnę opisać, także szukałem porównania, i nie od dzisiaj.

A mówię tu o barze szybkiej obsługi.
Barze, barach które wyparły w moim mieście McDonaldy i KFC.
Przyznać muszę że jak byłem młody i te owe bary się pojawiły to było to przyjemne, a przynajmniej się tak wydawało.
Spacerując po mieście nagle wpadało się na fast food i się jadło hamburgera w bułce.
Udało mi się z tego wyleczyć, jestem z tego nawet prawie dumny.
Prawie bo czasami nie można sie oprzeć.

Kiedy?
Oczywiście koło północy po wypiciu kilku piw lub, nie daj Boże po wódce.
Wtedy wydaje się że, to jedzenie jest pyszne. Ciepła bułka, mięso i suróweczka.
Zaczynacie jeść i po 3 kęsach zaczyna się robić... niesmacznie.
Surówka męczy jak wrzody, mięso które jest zawsze na dnie, nie smakuje nawet wporządku.
Sos śmierdzi.

Wraca się potem do domu, czując kaca moralnego, którego ja nazywam kacem spożywczym lub żołądkowym.

Najgorzej jest nad ranem gdy się budzicie.
Otwieracie oczy i z obrzydzeniem uświadamiacie sobie, że to nie koszmar czy zły sen ale naprawdę tam wczoraj byliście i jedliście te ścierwo.
To najgorsze.
Zapach z żołądka, niesmak...ma się ochotę myć godzinę zęby.

Dla mnie taka wizyta podobna jest do wizyty u prostytutki.
Zaznaczę że nigdy nie byłem u takowej ale to chyba wygląda tak samo.
Ciężko się delikwentowi oprzeć, kuszenie, lekki opór, i uległość.
Wydaje się że ma się na to ochote ale w połowie ma się już dosyć.
A rano?

Ten sam lub podobny kac. Tyle że moralny.
Chce się o tym zapomnieć.

Ja dziś sobie obiecałem że już nigdy więcej.
A przynajmniej przez kolejne 3 miesiące.









Brak komentarzy: